TOP 5
Waszych ulubionych kamer
Plama zajmowała kilka desek strychu i ciemniała w stronę komina. Właściciel domu na Gumieńcach oglądał ją w świetle latarki pierwszy raz, choć mieszkał tam od ponad dwudziestu lat. Malowanie dachu na grafitowo było już zamówione, a tego dnia ekipa firmy Hydroczyszczenie miała tylko umyć połać. Plan zmienił się w ciągu jednego popołudnia.

zdjęcie przesłane przez reklamodawcę
Kto wpisuje w wyszukiwarkę „malowanie dachu Szczecin”, zwykle ma już wybrany kolor i pyta o cenę za metr. Na Gumieńcach kolor też był wybrany: grafit, jak na dachu sąsiadów po drugiej stronie ulicy.
Dom pochodzi z lat dziewięćdziesiątych i ma dach z dachówki betonowej. Połać od północy była zielona od mchu, od południa wyblakła do burego różu. Wycenę zrobiono z ziemi i z drabiny przy rynnie, bo przy takim nalocie więcej nie dało się zobaczyć. Plan był rozpisany na trzy dni: mycie, schnięcie, malowanie.
Pierwszego dnia ekipa zrobiła to, od czego zaczyna się każde malowanie: mycie ciśnieniowe i odgrzybianie dachu preparatem biobójczym. Mech schodził płatami, a woda w rynnach była brązowa od igliwia i resztek nalotu. Rynny zapchały się po pierwszej godzinie, więc jedna osoba czyściła je na bieżąco, żeby woda z mycia nie lała się po elewacji.
Przy opukaniu jedna dachówka koło komina zabrzmiała inaczej niż reszta, głucho i krótko. Pod mchem były pęknięcia. Ekipa przeszła połać rząd po rzędzie i naliczyła sześć dachówek pękniętych na wylot. Dwie leżały tuż przy kominie, gdzie odstawała obróbka blacharska, a szczelina pod nią była czarna od wilgoci. Brygadzista sfotografował każde pęknięcie z bliska i z daleka, z kominem w kadrze, żeby właściciel mógł potem sam porównać, gdzie co było.
Potem poprosił właściciela o wejście na strych. Tam, pod kominem, deski poszycia były ciemne i mokre, a po krokwi biegł zaciek. Woda musiała podciekać od kilku sezonów, najpewniej przy deszczu zacinającym z zachodu, i nikt tego nie widział, bo na strych zaglądano raz w roku po choinkę. Pas wełny leżący pod plamą był mokry na kilka centymetrów w głąb. Właściciel z początku nie chciał w to uwierzyć, bo w domu nigdy nie kapało z sufitu. Woda wsiąkała w wełnę i deski, zanim zdążyła dojść do pokoju niżej.

zdjęcie przesłane przez reklamodawcę
Malowanie wstrzymano od razu. Po południu przy stole na tarasie brygadzista przewijał z właścicielem zdjęcia z dachu i tłumaczył, co by się stało bez tego odkrycia. Gdyby dach pomalowano zgodnie z planem, przeciek zostałby schowany pod nową powłoką. Farba wyrównuje kolor i zakrywa rysy włoskowate, ale nie sklei dachówki pękniętej na wylot ani nie uszczelni obróbki komina. Za rok trzeba by wymieniać świeżo pomalowane dachówki i domalowywać nowe, a mokre deski miałyby przed sobą kolejną zimę.
Brygadzista przygotował osobną wycenę napraw: wymiana sześciu dachówek i uszczelnienie obróbki komina. Właściciel zgodził się od ręki. Najtrudniej było o same dachówki. Producent dawno zmienił wzór, więc brygadzista wyjął jedną z pękniętych dachówek i pojechał z nią do hurtowni. W pierwszej takiego profilu nie mieli. W drugiej znalazły się dachówki, które pasowały profilem i zamkiem do starych, a następnego ranka brygadzista przywiózł je busem. Różniły się odcieniem, ale pod grafitową farbą nie miało to znaczenia.

zdjęcie przesłane przez reklamodawcę
Drugiego dnia ekipa wymieniła dachówki. Przy każdej trzeba było podnieść rząd powyżej, bo dachówki zachodzą na siebie zamkami, i przy okazji sprawdzić łaty pod spodem. Odcinek łaty tuż przy kominie okazał się nadgniły i też poszedł do wymiany. Obróbkę komina uszczelniono na nowo. Deski poszycia brygadzista sprawdził od strony strychu szpikulcem: mokre, ale twarde, więc wystarczyło je wysuszyć. Potem ekipa jeszcze raz obeszła cały dach. Na dwóch kolejnych dachówkach znalazła rysy włoskowate, zbyt płytkie, by przepuszczały wodę, więc te mogła zakryć farba. Na strychu właściciel wyjął mokry pas wełny, żeby wysechł, i otworzył okienko, żeby deski miały czym oddychać.
Trzeciego dnia prognoza pokazywała sucho, w dzień ponad dziesięć stopni i bez przymrozku w nocy, więc można było malować. Ekipa zaczęła dopiero o dziesiątej, kiedy z połaci zeszła poranna rosa, bo na wilgotną dachówkę farba źle chwyta. Samochód sąsiada, zaparkowany pod płotem, przykryto plandeką. Grunt i pierwsza warstwa grafitowej farby poszły tego dnia natryskiem, od kalenicy w dół, pas po pasie. Na drugą warstwę zabrakło już dnia, więc ekipa położyła ją czwartego i malowanie skończyło się dzień później, niż zakładał plan.
Dwa tygodnie i dwie ulewy później właściciel znów wszedł na strych z latarką. Na deskach przy kominie nie pojawił się nowy zaciek.
Na Pogodnie to ekipa odradziła malowanie, które sama miała wykonać.
Dom stoi przy jednej z cichych tamtejszych ulic, wśród przedwojennych willi, które przetrwały wojnę razem z dachami. Jego właścicielka chciała, żeby dach znów miał jeden kolor. Czerwona karpiówka ceramiczna była szara od nalotu, a od strony starych drzew, które dają domowi cień, a dachowi wilgoć, zielona. Kilkanaście jaśniejszych dachówek, wymienionych w latach dziewięćdziesiątych, odcinało się na połaci jak naszywka. Właścicielka wybrała farbę w odcieniu zbliżonym do dawnej ceramiki i umówiła termin na koniec września, zanim noce zrobią się zimne.
Ekipa najpierw umyła połacie. Spod nalotu wyszła dachówka w dobrym stanie, z kilkoma obtłuczonymi krawędziami, ale bez pęknięć i bez porowatej, sypiącej się powierzchni. Już po pierwszym umytym pasie różnicę było widać z chodnika: połać odzyskała ciepłą czerwień, taką jak na starych zdjęciach domu, które właścicielka trzymała w albumie. Ceramika ma kolor w całej masie, więc farba nie była jej do tego potrzebna. Jaśniejsze dachówki nadal było widać, tyle że z bliska, a nie z ulicy.
Brygadzista zaprosił właścicielkę do okna lukarny, skąd połać była na wyciągnięcie ręki. Pokazał jej krawędzie karpiówek i przetarł jedną dachówkę dłonią w rękawicy. Rękawica została czysta, bez pyłu. Powiedział wprost, że malowanie niczego tu nie poprawi. Zdrowa karpiówka od dziesięcioleci znosi deszcz i mróz, a farba z czasem sama wymagałaby odnawiania. Właścicielka zeszła do ogrodu, przeszła na drugą stronę ulicy i obejrzała dach jeszcze raz z daleka. Dopiero wtedy zrezygnowała z farby.

zdjęcie przesłane przez reklamodawcę
Skończyło się na myciu, odgrzybianiu i wymianie trzech najmocniej obtłuczonych karpiówek. Zamienniki ekipa wzięła z rozbiórki, bo nowe odcinałyby się mocniej niż jaśniejsze dachówki z lat dziewięćdziesiątych. Z rynien wyjęto przy tym dwa wiadra liści. Praca, która z malowaniem miała zająć kilka dni, zamknęła się w jednym. Właścicielka zapłaciła za mycie i trzy dachówki.
Malowanie ma sens przede wszystkim wtedy, gdy dachówka betonowa jest wyblakła i porowata albo blacha ma ogniska rdzy. Zdrową ceramikę zwykle wystarczy umyć.
Za samo mycie dachu firma Hydroczyszczenie liczy 20–30 zł/m² netto, zależnie od pokrycia, a za mycie z impregnacją od 35 zł/m² netto. Malowanie zaczyna się od 70 zł/m² netto, razem z myciem, gruntem i dwiema warstwami farby, a wiążącą kwotę firma podaje po oględzinach, bo zależy ona od materiału, nachylenia i wielkości dachu. Siedziba jest przy ul. Santockiej 39 w Szczecinie; firma czyści też elewacje oraz kostkę brukową i pracuje w całym województwie zachodniopomorskim.
Waszych ulubionych kamer