TOP 5
Waszych ulubionych kamer
Kwadrans po ósmej kierowca Kimbo stał w przedpokoju trzypokojowego mieszkania na Pomorzanach i liczył. Szafy pełne, kuchnia nietknięta, jedna rozkręcona komoda i stos płaskich kartonów pod ścianą. O 14:00 klucze mieli odebrać nowi właściciele, a sprzedający zakładali, że ekipa przyjedzie tylko znieść spakowane rzeczy. Na całą przeprowadzkę zostało niecałe sześć godzin.

zdjęcie przesłane przez reklamodawcę
Kto wpisuje w telefon „przeprowadzki Szczecin”, porównuje zwykle ceny i terminy, a rzadko pyta, co firma zrobi, gdy rano okaże się, że nic nie jest spakowane. Na Pomorzanach właśnie tak się okazało.
Mieszkanie na czwartym piętrze bloku bez windy było sprzedane od kilku tygodni. W umowie stał dzień wydania lokalu i kara umowna za każdy dzień zwłoki, a godzinę 14:00 strony ustaliły między sobą. Sprzedający, małżeństwo z dwójką dzieci, przenosili się do domu w Bezrzeczu. W weekend mieli się spakować, w poniedziałek przeprowadzić. W piątek młodszy syn dostał gorączki, starszy pojechał do babci, a weekend zniknął między apteką a lekarzem.
Kierowca zadzwonił do biura, zanim ktokolwiek wziął do ręki pierwszy karton. Dwie osoby z jednym autem nie zdążyłyby przed 14:00. Biuro przesunęło na popołudnie poranny odbiór mebli z ogłoszenia, za zgodą czekającego na niego klienta, i tak zwolniło drugie auto. Rodzina od razu zgodziła się na dodatkowe godziny według stawki z cennika: 270 zł za godzinę auta 20 m³ z dwoma tragarzami. O 8:45 pod blokiem stało drugie auto, a z niego wysiadły dwie osoby z papierem, taśmą i zapasem kartonów.
Praca rozdzieliła się na dwa tory. Dwójka z drugiego auta zaczęła od kuchni i garderoby, bo to w nich jest najwięcej drobiazgów. Szkło szło w papier, talerze stawały w kartonach na sztorc, ubrania z wieszaków trafiały prosto do worków. Pierwsza ekipa znosiła wszystko, co było gotowe, zaczynając od pralki i komody. Kartony dostawały kolor taśmy według pokoju w nowym domu: zielony dla dzieci, niebieski dla kuchni, czerwony dla sypialni. Dzięki temu w Bezrzeczu nikt nie musiał ich otwierać, żeby wiedzieć, gdzie postawić.
Potem pociekła lodówka. Nikt nie wyłączył jej wieczorem, więc po odłączeniu zamrażarka zaczęła puszczać wodę, a do drzwi wejściowych było osiem metrów paneli. Ekipa położyła na podłodze ręczniki i folię, mrożonki trafiły do torby termicznej sprzedających, a lodówka ociekała na folii w kuchni. Zniesiono ją pionowo, owiniętą kocem, i do drugiego auta weszła na samym końcu, żeby po drodze nic na nią nie spadło.
O 10:40 zadzwonili kupujący. Przypomnieli, że umowa obejmuje też komórkę lokatorską w piwnicy, a ta ma być pusta. Sprzedający o niej zapomnieli. Stały tam dwa rowery, opony, słoiki z przetworami i fotel bez nogi. Jedna osoba z drugiej ekipy zeszła na dół. Rowery i opony pojechały do nowego domu, a słoiki i fotel, których rodzina nie chciała, osobno do utylizacji.
Najdłużej zeszło z szafą w sypialni. Skręcano ją na miejscu piętnaście lat wcześniej i w całości nie przeszłaby ani przez drzwi, ani przez zakręt klatki. Ekipa rozkręcała ją czterdzieści minut. Elementy podpisała markerem, a śruby z każdego segmentu trafiły do woreczka przyklejonego taśmą do boku.

zdjęcie przesłane przez reklamodawcę
Tuż po południu kierowca zrobił w przedpokoju szybki rachunek. Do wyniesienia został jeszcze pokój dzieci, rozebrana szafa i kartony z kuchni, a do 14:00 niecałe dwie godziny. Pierwsze auto było już pełne, więc kierowca zawiózł je do Bezrzecza i zaczął tam rozładunek z ojcem rodziny. Pozostała trójka znosiła na Pomorzanach ostatnie rzeczy do drugiego auta.
O 13:30 w mieszkaniu zostały gołe ściany i zamieciona podłoga. Kupujący przyjechali dwadzieścia minut przed czasem, a o 14:00 obie strony spisały stany liczników. Kara umowna została na papierze.
W Bezrzeczu rozładunek trwał do 18:00. Najpierw poszły łóżka dzieci, bo młodszy syn miał tego wieczoru spać we własnym. Potem kuchnia, a na końcu sypialnia, w której szafa wróciła do pionu według podpisów na elementach. Drugie auto po rozładowaniu pojechało jeszcze na przełożony kurs. Rachunek był wyższy od pierwszej wyceny o drugie auto, dodatkowe godziny i wywóz z piwnicy. Stawkę godzinową rodzina przyjęła jeszcze rano, a na wywóz zgodziła się przy komórce.
Przy sprzedaży mieszkania godzina wydania kluczy jest twardym terminem. Gdyby rodzina zadzwoniła do biura w niedzielę, drugie auto z pakowaniem dałoby się zaplanować bez przesuwania cudzego kursu.

zdjęcie przesłane przez reklamodawcę
Drugie zlecenie zaczęło się sypać jeszcze wcześniej. O 7:40 w dzielnicy Friedrichshain, w miejscu, które od czterech dni czekało na furgon, stało kombi z monachijską rejestracją.
Rodzina ze Szczecina przenosiła się do Berlina za pracą. Nowe mieszkanie było w oficynie kamienicy, na czwartym piętrze, bez windy, z wejściem przez bramę i podwórze zastawione rowerami. Na taki dzień w Berlinie zamawia się w urzędzie dzielnicy tymczasową strefę zakazu zatrzymywania, czyli Halteverbotszone. Rodzina złożyła wniosek ponad miesiąc wcześniej, a wynajęta firma ustawiła przenośne znaki cztery dni przed terminem, żeby przed przeprowadzką stały pełne trzy doby, bo tyle wymaga niemieckie orzecznictwo. Auto Kimbo, załadowane w Szczecinie poprzedniego wieczoru, wyjechało przed 6:00, żeby przed porannym szczytem przejechać przez granicę i wjechać do Berlina.
Kierowca najpierw sfotografował znaki i kombi, potem wezwał policję. Patrol przyjechał po dwudziestu minutach i dostał protokół ustawienia znaków z datą. Ten papier przesądził sprawę, bo dowodził, że znaki stały odpowiednio wcześnie. Ekipa w tym czasie nie czekała. Furgon stanął na najbliższym wolnym miejscu za rogiem i kartony jechały do bramy na wózkach. Gdyby kombi zostało do wieczora, każdy mebel trzeba by nieść kilkadziesiąt metrów chodnikiem, a rozładunek wydłużyłby się o kilka godzin. Strefa obowiązywała od 7:00 do 18:00 i w tych godzinach musiało się zmieścić wnoszenie i skręcanie mebli.
Po godzinie laweta zabrała kombi, furgon wjechał tyłem do strefy i na górę poszły meble. Drewniane schody oficyny skręcały ciasno na każdym półpiętrze, więc kanapa szła w pionie, na pasach, z jedną osobą asekurującą od dołu.
O 13:05 zapukała sąsiadka z parteru, z kartką regulaminu kamienicy. Jak w wielu berlińskich domach, regulamin przewidywał ciszę od 13:00 do 15:00, więc wkrętarki musiały poczekać. Ekipa przestawiła kolejność pracy: do 15:00 wnosiła kartony i rozpakowywała kuchnię, dopiero potem wzięła się do skręcania mebli. O 17:30, pół godziny przed końcem strefy, łóżka były złożone, a szafy stały na swoich miejscach. Przed 22:00 auto było z powrotem w Szczecinie.
Tego dnia o wszystkim zdecydował protokół ustawienia znaków, który kierowca miał przy sobie, i regulamin kamienicy, którego nikt nie przeczytał przed terminem. Kimbo jeździ do Niemiec własnym samochodem, cała przeprowadzka trwa zwykle 1–2 dni, a ładunek jest ubezpieczony do 1 mln euro.
Kimbo to firma przeprowadzkowa ze Szczecina z biurem przy ul. Monte Cassino 7/56. Pod numerem +48 732 123 848 odbiera codziennie od 6:00 do 22:00, a w Google ma ocenę 4,8 przy ponad 120 opiniach (październik 2026). Wycenę można zamówić też przez kimbo-transport.pl.

Waszych ulubionych kamer